sobota, 23 lipca 2011

Dzień szósty czyli jak zachowywać się jak Indianie

Właściwie to mój blog tyczy się dni, ale dziś zrobię wyjątek i napiszę co się działo w nocy. Otóż zrobiłyśmy sobie zieloną noc. Ofiarą miał być Jedek, który nagrabił sobie odmową w chrzcie. Została zawieszona nad nim kiełbasa oraz wysmarowałyśmy do mazią. Tylko żeby to zrobić trzeba było najpierw znaleźć sznurek, bo wstążka nie może być. To dygamy z nocy po tej rzeźni do kuchni, ciemno jak cholera, a zza drzwi (które prowadziły do gniazda rastamena) leciały jakieś relaksacyjne śpiewy kościelne. Nieszczęśnik obudził się w nocy, więc trzeba było się potem pozbyć kiełbasy. Najlepiej dać kotu. Jasne, o niczym innym nie marzę, tylko o tym, żeby wstać i w deszczu karmić koty. Jeszcze tylko zutylizować sznurek. Uffff, ta skrzynia z trupem będzie jak znalazł.

Cały obóz mielieśmy to szczęście, że wystarczyło wstać przed ósmą i spokojnie można się było wyrobić na śnidanie, ale dzisiaj musieliśmy wywleć się wyra wcześniej. I nie wiadomo po kiego grzyba, bo i tak siedzieliśmy potem pół godziny, jak ci żebracy pod jadalnią i marzliśmy. W końcu dostaliśmy jajecznicę (tak, tak pojawiła się pierwszy raz). Ponieważ padało nie mogliśmy jechać się wspinać, więc mieliśmy krótki wykład z budowy stanowisk. No poszło nam świetnie, nie zabiliśmy się (no może z małymi wyjątkami). Było w cholerę zimno i w cholerę mokro, więc od razu się zapakowaliśmy do naszych automobili. Nasz rasta gospodarz pożegnał nas dobrym pouczeniem, że należy zachowywać się jak Indianie, czyli wszystko należy zostawiać w takim stanie w jakim się to zastało. I podobno ma zawisnąć na drzwiach karteczka w napisem "Zachowujcie się jak Indianie". Mam tylko nadzieję, że sobie ludzie skalpów nie będą zdejmować. Podczas drogi w drugą stronę, Jasiu przyniósł zawirusowane płyty i radio nie działało, dlatego teraz byliśmy zdani na przyspiewki Maciej. I od wczoraj z Tasią "idziemy na ryby". Oczywiście zaszczytną rolę przewodnika miał nasz szanowny Prezes. A ponieważ prezesa należy szanować i wspierać go w każdym niepowodzeniu oraz wierzyć, że ma ono jakiś cel, to entuzjastycznie klaskaliśmy za każdym razem, gdy trzeba było nawracać. Wiemy przecież, że za każde zgubenie odpowiedzialny był Jędrula, który robił za stojak do mapy. Pierwszym naszym przystankiem była Jasna Góra. Mogę ją podsumować jedynie tak. Dzikie tłumy ludzi, msze non stop, pomniki świetych (ale tyle, że każdy wierny moża znaleźć swojego ulubionego i się nie zdublują), a w dodatku pełno muzueów, galerii, ołtarzy, a nawet sala konferecyjna, oczywiście z ołtarzem w centrum. Wszystko to ozdobione przesłodkimi plakatami o aborcji, wielką "Maria" na dziedzińcu oraz puszkami na ofiarę za zwiedzanie/toaletę/chodzenie, dziurami gdzie można wrzucać drobne, że o kioskach z cegiełkami co krok nie wspomnę.  Stwierdziłam, że zawsze chciałam zainwestować w nieruchomości, ale posiadanie cegły gdzieś w Częstochowie jakoś do mnie nie przemawia. Co do studni, to miałam ochotę wrzucić ich trochę na zamkniętą klatkę schodową i patrzeć na reackję ludzi. Diabeł, którego imię Karate nas nie napadł, gdyż przed nami szedł nasz ministrant i odczyniał egzorcyzmy. Gdy wychodziliśmy weszliśmy do sklepu z de-wo-cjo-na-lia-mi, a tam zobaczyłam naraz tyle różańcy, ile jeszcze w całym życiu nie widziałam. Był każdy, poprostu każdy jaki tylko można sobie wymarzyć, łącznie z pluszowym i z ozdobnym kamieni w formie bransoletki. Wracając zrobiliśmy małe Tour de Stodoła wokół okolicznych wsi. I doszłam do wniosku, że one wszystkie są takie same, bo rozumiem dwa razy minąc jeden dom, ale pięć? Koniec końców załatwiliśmy wszystko i wróciliśmy szczęśliwie do ukochanego Wolsztyna. No i kończę swój krótki blog, dziękuję wszystkim za czytanie i do zobaczenia na następnym obozie;***

piątek, 22 lipca 2011

Dzień piąty czyli jak zostałam Panoramixem

Niektórzy mogą, czytając mój blog, nie wierzyć, że robimy tu coś twórczego lub sportowego. Więc muszę się dzisiaj pochwalić czwórką naszych chłopaków, którzy niczym ci ludzie pająki zawyzają średnią naszej grupy. Proszę o gromkie brawa dla Bartka, Jasia, Macieja i Jędruli, którzy po raz pierwszy zdobyli ścianę z asekuracją dolną (tzn. wpinali po drodze linę w ekspresy).
Jeśli już jesteśmy w nastroju na gratulację, to muszę wspomnieć, że nasze skromne grono powiększyło się dzisiaj o Tasię i Martę, które przyjęły chrzest i chcą nie chcą już są naszej sekcie wysokogórskiej.
To tyle w kwestii naszych zasłużonych i chwalebnych członków, chyba żeby wspomnieć Kacperku, który potrafi używać mapy zostawionej w samochodzie.
Jak pamiętacie, wczoraj na śniadanie dostaliśmy wszystko, co tylko było w kuchni. Cóż, dzisiaj się Paniom odwidziało i nie było ani parówek, ani jajek, ani nawet białego sera. Nie zrażone tą drobną przeciwniścią losu, przyniosłyśmy z Tasią toster i hajta robic kuchni konkurencję. Dzisij śniadanie było szybkie (pewna osoba nie musiała jeść parówki), więc zaraz byliśmy znów na Bońku. Tam, zgadnijcie co? Oczywiście wspinaczka, przy czym był to ważny dzień dla wymienionych wyżej chłopaków (przypomnę, chodzi o Jędrulę, Macieja, Jasia i Bartka), gdzyż wspięli się oni z dolną asekuracją. Nikt nie zginął, więc na deser byliśmy w jaskini. Znaczy oni byli, bo ja czołganie lubię jak Francuz Anglika. Wróciliśmy pełni napięcia, gdyz to właśnie dziś miał nastąpić chrzest naszych świeżynek. Oczywiście pomysłu ani plany nie mieliśmy, więc pełna improwizacja. Stałym punktem programu jest Mikstura. Jak zwykle najpierw wyszła nam całkiem dobra. Więc cóż było robić wchrzaniliśmy tam chrzan i wszystko inne co było pod reką. Cała recepta jest tajemnicą, zdradzę tylko, że ja byłam Panoramiksem, który wszystko mieszał. Miałam mega zaciesz, zwłaszcza jak Jasiu przyniósł swoją tajną puszkę z przyprawami. Sam chrzest był całkiem ciekawy. Zaczynało się od tego, że taki skazaniec leciał na czworakach, goniony przez Bartka, Jędrulę i aparat aż do zdezelowanego traktoru. Tam znajdował się McDrive i nieszczęśnik musiał łyknąc trochę mojego eliksiru. Potem małe czołganko po trawie i znowu przystanek, tym razem na parówkę. Następnie trzeba było ucałować prezesa I i prezesa II w kolanko oraz dojść do ogniska, gdzie odbywał się dosłowny chrzest, mianowicie Kacperek wylewał na nich po wiadrze wody. Wszystko git i cymes, tylko jak doszliśmy do Jedka to się mały bunt zrobił. Bartek i Jasiu wywlekli go za chachoły, ale zaparł się zupełnie i chrztu nie zaliczył (w ogóle do niego nie podszedł). Za to Tasia i Marta zdały go śpiewająco z uśmiechem na ustach i podniesioną głową. A właśnie nie chce ktoś kota?

środa, 20 lipca 2011

Dzień czwarty czyli jak jedliśmy pływające naleśniki, a Maciej zamieszkał w jaskini



Dzisiejszy dzień zaczęliśmy wypasionym śniadaniem. Nie dość, że były pseudo parówki to do tego dostaliśmy jajka i płatki i dżem i chleb i wędliny i sztućce, a nawet zasłużyliśmy na talerze. Przeżyliśmy też heroiczną wojnę Jedka z jajkiem, zakończoną widowiskowym zwycięstwem. Raźno wyruszyliśmy eksplorować jaskinie. Pierwsza (nie pamiętam jak się nazywała, a Tasi akurat nie mam w zasięgu głosu), wyglądała szczerze mówiąc jak wielka dziura w ziemi. No i oni jak tam stoi 10 osób zmieszcili się do tej jaskini i jeszcze żywi wyszli. I oczywiście musieli zabrać  mój aparat, który po powrocie wyglądał gorzej niż kask Domina. W następnej dziurze spędzili dużo więcej czasu, wynieśli na sobie dużo więcej błota i dużo większe uśmiech. Razem z Maćkiem i Bartkiem fajczyliśmy rezerwat, ale coś nam nie wyszło i obyło bez ogniska. Ponieważ jesteśmy ekipą wspinaczkową, zupełnie spontanicznie zarzuciliśmy wędkę, Bartek zdążył pobawić się w gekona pokonując trasę w kilka sekund, a w czasie kiedy my podziwialiśmy człowieka - muchę zdążyliśmy zgubić Maćka, Marcina i Jędrulę. I trzeba było wszystko rozwijać, wpakować Domina w kombinezon i wysłać go na akcję ratunkową. No i wraca Jędrula, ale sam. Ledwo wyszło i zaczęło grzmieć i w tempie ekspresowym zwiewaliśmy zakosami w deszczu do samochodu. W nikogo nie trzsnął piorun co było istnym cudem, bo lataliśmy po tych górach jak jakieś opętane kozy . Jak wrócilismy na bazę i jako tako ogarnęliśmy szpej (widzicie przesiąkam tym ich slangiem) okazało się, że trzeba schowac drewno na ognisko bo moknie. No i idę z Tasią, bo żaden chłopak nie chciał wyjść (potem pociągnęłyśmy tłum za sobą). I właśnie wtedy zaczęły się jaja bo okazało się, że pół podwórka jest zalane i brodziliśmy w wodzie do połowy łydek. Najgorsze, że jadalnia też wyglądała jak brodzić dla dzieci na basenie w Popradzie. Więc też jako zorganizowana i pełna energi wycieczka ruszyliśmy na pomoc. Godzine w tym deszczu odgarniamy wodę, wszyscy jak by weszli w ciuchach pod prysznic, gdy nagle przychodzi mój rasta frend i mówi, że ma pompę. No mało nas szlak nie trafił. Wszyscy poszli się przebrać, a ja i Jedek, jako że byliśmy najmniej zmoczni, zaczęliśmy żmudne osusznie jadalni. W tym czasie mały kot, El Diablo schował się w mojej otwartej torbie na aparat i zasnął. I wierzcie mi lub nie, ale ten skubaniec siedział tam aż do późnego wieczora. Całą akcję można podsumować tak "Nie ważne gdzie wylądujemy, zawsze i tak kończymy jako OSP Kębłowo." Na obiad były naleśniki, a potem zebraliśmy się pod wiatą i mieliśmy cos w rodzaju konkursu. Nasza grupa (tzn. ja, Tasia, Bartek i Kacperek) dała sobie najlepiej radę w wymienianiu tego co było na śniadaniu. Prezentowałam też koński węzeł bezpieczeńswa ( Tasia robiła za narwanego konia), Bartek wiązał  zderzaka, ale wychodził mu tylko gdy nie patrzył. Jednak w tej konkurencji absolutnym koksem był Jasiu. Zgodnie z przewidywaniami oni wygrali, my zajęliśmy chwalebne drugie miejsce. Następnie przygotowywaiśmy grilla. No i wedle rozpiski chłopaki mieli zająć się kiełbasami, a my miałyśmy zrobić sałatkę. Więc w kuchni wylądowało 11 osób, każda o innej chwalebnej funkcji. Ja stałam z największym nożem jaki zanalazłam i dyrygowałam ludźmi. Z ważniejszych posad można wyróżnić Jasia, który dziabał kiełbasy, Johnnego odpowiedzialnego za marchewki ciętą w kwadraty, Jędrula doprawiający parówki, Bartka od ogórków, Martę od namacznia pomidorów no i Tasię, która siekała te marchewki na paseczki. Reszta była tam tylko dla sztucznego tłumu. Muszę też wyróżnić na moim fantastycnym blogu Tasię i Bartka, którzy bawili się w ninję i zakradali się do kuchni by wynosić z niej potrzebne nam rzeczy (ja nie ogarniam jak te babki się nie skapowały). Przy okazji zanaleźliśmy tajny skład na zioła pseudo rasty. Na grillu pilnowałam, żeby ogień zachował swoje feng shui, a Johnny opowiadał nam freestylowe wierszyki. Ponieważ załatwiłam DVD (Maciej mnie asekurował), oglądlaiśmy Flinstonów w TV (bo ten sam Maciej miał coś z płytą). Przy okazji zwiedziłam salonik po ciemnej stronie domu. Były tam dziwne rzeczy takie jak herb z tasakiem, książka po niemiecku i cała masa jakiś religijnych pism i książek. No i oczywiscie każde krzesło z innej parafi (chyba nawet dosłownie). Kończę, bo potem narzekają, że za długo (ale i tak jest kolejka żeby przeczytać!).
Bartek ma zaciesz na myśl o jaskiniach
Prawie jak ekipa Boba Budowniczego
Aspirują do Klanu Podziemnych Świń
Na pomoc powodzianom!

wtorek, 19 lipca 2011

Dzień trzeci czyli jak piknikowałam na lwiej skale i zostałam protokolantem

Zanim zacznę opowiadać o dzisiejszym dniu muszę wspomnieć o dwóch sprawach. Po pierwsz kolega Johnny narzeka, że mało o nim piszę, więc dziś wspominam na wstępie o nim i o jego pomalowanych paznokciach. Po drugie zostało mi wypomniane pewne niedociągnięcie, do którego natychmiast się przyznaje, mianowicie nie wiem czym się zasłużyła Jasna Góra. To tyle w kwestii wstępu.

Rano, po zjedzeniu jakże pysznego śniadania, spakowaliśmy się do samochodu, po czym czekaliśmy na Johnnego po raz pierwszy. Następnie pojechaliśmy na górę, na którą można się dla odmiany wspinać. Na parkingu okazało się, że Johnny nie tylko zapominał tasiemek, na których miały wisieć stanowiska (a tak btw można powiedzieć, że stanowisko wisi?), ale też swojej uprzęży i kasku. Niezłomnie za to powtarzał, że ma kiełbasę. Domin pojechał z nim, a my raźno z Bartkiem poszliśmy szukać skały. No i niby skała to mała nie jest, ale nie tylko jej nie znaleźliśmy, ale krążyliśmy po lesie bez ładu i składu przy ciągłych zapewnieniach Macieja, że idziemy źle. Gdy dojechał Domin nasz stan poprawił się, ale tylko nieznacznie. Teraz też krążyliśmy, tyle że pod górkę. W końcu naszym oczom ukazały się upragnione skały. Mieliśmy wspinać się w takim czaderskim kominie,  ale Domina użarł owad (bąk tłuściutki), więc w trosce o nasze zdrowie, przenieśliśmy się do mniej zaowadzionych szczelin. Wtedy właśnie spełniło się moje marzenie z dziecinstwa i ujrzałam na własne oczy Lwią skałę. Przeszczęśliwa rozłożyłam tam kocyk i glebnęłam się z nową lekturką. Moje kochane taternicze dzieci cały dzień z niemałym zapałem zdobywały kolejne ściany, a ja fotografowałam przecudny las dookoła mnie. Brakowało mi tylko jelonka Bambi, ale on już od dawna leżał na ścieżce na Biakło (tylko Tasia w naszym pokoju pamiętała jak się nazywają te szczyty, w sumie nie wiem czy tylko ona, ale reszta już śpi). Wracają zachaczyliśmy o Jaskinię Krowią (tym razem pamiętałam), w której występowały niezwykle rzadkie żuczki. Miałam pewne obawy czy aby na pewno powinniśmy tam schdzić gdyż jak się wcześniej przekonałam, moja grupa pełna jest Morderców Bezkręgowców (i nie myśle Jędrule, że ci wybaczę tą gąsienicę!). W samej jaskini było super, tak chłodno i wyszły świetne foty, a świetne foty to to co Tygryski lubią najbardziej. Prawie straciliśmy w niej Jasia, ale suma sumarum obyło się bez ofiar. Po OBIADOkolacji, nastąpiła wyczekiwana przez wszystkich chwiala, a mianowicie sąd koleżeński. W rolę szanownych sędziów wcielili się OSP Kębłowo, Jędrula i Maciej, prokuratorem był Jasio, a MECENASEM Johnny. Mi ze względu na umiejętność dość szybkiego pisania przypadła rola protokolanta, a Bartek robił za pijanego woźnego. Rozprawa trwała prawie godzinę i była naprawdę profesjonalna. Nie ma co, zwłaszcza sędzia miał gadane, nie mogłam nadążyć z protokołowaniem. W końcu Domina uniewinniono, a sprawa upuszczonego karabinka odeszła w mglistość. No i wedy pojawił się mój rasta frend.I zacznijmy od tego, że mnie w cholerę przestraszył. Jak żem podskoczyła, a on że przeprasza w głowę mnie pocałował i zaczął opowiadać, że u niego gdy się kogoś przestraszy zaczyna się palić włosy tej osoby (no mówiłam, że on ma doświadczenie w paleniu ziela) potem był temat o rzeźni, o weterynarzu, o konsumowaniu mięsa i o tym, że w pokoju chłopaków było prosektorium. Nastepnie powiedział, że da nam pożądne drzewo, bo mnie lubi, za to że się uczę i w ogóle. Dostałam drugiego buziaka w czoło i zapewnienie że możemy sobie ogniskować ile chcemy. Imię też już zna. Jak poszedł Bartek mówi, że cieszy się, że mi oszczędził szczegółów obróbki mięsa bo nie wie jak bym to przyjęła. Marci rozpalał ognisko, a ja dbałam o jego dobrą aurę i znowu z nikąd pojawił się Fan Palenie Dziwnych Rzeczy i cytując, stwierdził, że ognisko się dobrze pali bo je zaklinam. Na ognisku była papryka, dym leciał na Macieja (jako na ojca ognia) lub ewentualnie na mnie (awansowałam na ciotkę). A właśnie, zapomniałam dodać, że Tasię nawiedził duch, ale Jasio i OSP Kębłowo wyruszyli jej na ratunek. Ale patrząc na nią teraz dochodzę do wniosku, że przybyli za późno.

Zamieszczam fragmenty rozprawy:
"nie, proszę usiąść. Jędrula jestes wyłaczony z tej sprawy.
woźny pijany jest"
"ja przepraszam on używa niecenzuralnych gestów"
"ja bym ukarał
ale nie jestes od karania
ja jestem na ty z sędziami"
"słyszeliśmy że specjalnie go zrzucił a potem krzyczał
jak by tego nie powiedział byłoby wiadome, że to on
dobranocka o 19
panie adwokacie
mecenasie
mecenaise proszę zostawić dowcipy na później
teraz niech pan żartuje
to moja instytucja, mogę robić co chcę"
"proszę opsac wygląd
długie włosy nieogolna twarz i długie włosy na nogach"
"wyprowadzic prokuratora
ale woźny jest pijany"
"jak wiemy prezes ma problemy z żołądkiem i był w krzakach są w nich dowody
byłem w karzakach tam nic nie było
czy mecenas mówi prawdę czy zażądać przysięgi?
jaka to gazeta? jak mecenas może nie wiedzieć co czyta
próbowałem ja sprawdzić, ale była zyt zamazana
popieram nie wydaje się to panu porąbane (sędzia!)
ja to kupiłem w celu saniternym
taniej byłobty z papierem
mój klient podciera sie tylko dobrymi psamami
dobra srajtaśma i tak jest tańsza od gazety
dobrze ją miętoliłem
każda kartkę"
"sędzio ja bym ukarał tego sędziego!"
"syszałem słwowa obrońcy gramy na zwłokę
wolno mi rozmawiać z klientem o czym mi się podoba"
"prosze ustawic się w pozycji godnej dla kobiety"
"trzask
chciałem nogi rozprostować bo mam zakwasy"
"wprowadź mnie megafon
wnosze sprawę przeciw megafonowi
panie bartoszu jak się pan nazywa i jest pan spokrewniony lub spowinowacony
bartosz, jakie było nastepne pytanie
jest pan spokrewniony
szwagier nie rodzina"
"pana karabinek
mój
może pan przynieść
dajcie ekspresy!"
"wnioskuje o zmianę sędziowie są skorumpowani
proszę wstać wysoki sąd idzie
czy mogę zgłosić wniosek
jako woźny chce powiedziec oskarżony wniółś gotówke następna sprawa zawiadomiłam policje
wnosze o zmienienie składu bo są skorumpowanie
kasa zostanie jako dowód rzeczowy"
"oskarżony ukradl pieniądze!
gdyby pan nie zabrał to może byśmt rozpatrzyli
sedzio są gdzie indziej
jakieś pytnia do świadka
ja chcę otóż dobrze wiemy ze jest pan niemalże spokrewniony z moim klientem
Johnny w druga strone
no i dlatego eeeeeeeee yyyyyyy jeszcze raz dobrze weimy że pan jako obecny świadek
czas minął"
"czy ma pan uprawnienia do przebywania pod skałą
mam
a świadkowie mieli
mieli
jest to instruktor więc oni mieli, za to nie oskarżony
jaki jest przepis, cytat proszę
osoby mają prawo przebywac pod skała pod opieką instrukotora"
"jestes trąba nie mecenas"
"czy świadek ma papiery sprawności umysłowej
nie ma takch
a średnia
4.3
sie odezwał
on ma 4.4"
"co pan robił
o 24.01 wstałem i zjadłem kanapkę
o 2:07 wstałem z zjadłem kanapkę i batona"
"wyprowadzić świadka
jakieś słabe te kajdanki"
"no musze od początku o 24...
wysoki sądzie to nie może trwac tyke niech zacznie mówic na temat
nie ma papierów że ma pan problemy z pamięcią"
"nie pamiętam ściagałem stanowisko, ale nie prosze to wymazać
on miesza
co za kolokwializm
co się stało jak pan wciągał
z której wędki
prawej
nic sie nie stało
to z lewej
to nie wiecie z której a oskarżacie
tej z prawej bliżej skały
ale skała jest okrągła"

I weź to pogadaj...

Wejść czy nie wejść oto jest pytanie
Kto powiedział, że jaskinia nie może być romantyczna
Sąd najniższy

poniedziałek, 18 lipca 2011

Dzień drugi czyli jak pomachała do mnie pszczoła

Cześć,
Ninja chce wiarygodne źródło co się dzieje na obozie, a sama zmusza mnie do pisania na tej swojej genialnej klawiaturze, którą uwielbiam... ;D
Generlanie jest bardzo fajnie, wspinamy się, śmiejemy, pielęgnujemy naszą biologiczną wiedzę (dzięki świetnemu coach'owi N.H :)


W nocy budzą nas kwiki świń, ale nie wiemy czy to duchy zza światów chcą się z nami skontaktować, czy to tylko wymysły naszej chorej wyobraźni, narażonej na poważny szwank. Chyba zapomniałam wspomnieć, że mamy pokoje integracyjne, ale chyba nikt nie ma zastrzeżeń. Po śniadaniu, na które dostaliśmy coś w rodzaju parówki z pietruszką (nie żebym miała coś do parówek, ale to nie było jadalne) poszliśmy wesoło dyndać na skalnycj półkach. Ubrano nas w czaderskie wdzianka i każdy dostał stylowy kask (zwłaszcza Johnny). Mieliśmy kilka stanowisk (nawet na jedno weszłam!), ale dzień spędziłam raczej na innych pożytecznych zajęciach. Tak więc od rana zagłębiałam wiedzę na temat funkcjonowania homo sapiensów. Z resztą cały dzień zmuszano mnie do klasyfikowania różnego rodzaju stawonogów (pot. robali) oraz okrytozalążkowców (pot. kwiatków). Rozłożyłam sobie koc z pożądnej szkockiej wełny i siedząc na komieniu fotografowałam świat do okoła mnie (właśnie wtedy pomachała do mnie Pszczoła ). Tym czasem moi dzielni taternicy zdobywali kolejne trasy. Z chęcią asekurowali młodszych kolegów, pilnując by żadna krzywda nie spotkała ich po drodze. ta to ma gadane. Sielankowe piknikowanie przerwało nam stadko wrzeszczących i machających łapkami dzieci, które jak opętane kozy górskie zdobywały bez żadnych zabezpieczeń największe szczyty, z których rzucały na prawo i lewo (a najczęściej na dół) kamienie. Wysłuchałam tez pogadanki Megafona na temat kościoła i tego, że księża mogą kraść i to nie jest grzech. Podczas wesołej drogi powrotnej czekały nas różne niespodzianki, takie jak obgryziona do kości nóżka z raciczką, należąca jak nic do Bambiego oraz dawno nie istniejąca petrochmia płock. Gdy dojechaliśmy mój nowy rasta friend miał zajawkę na rosyjski, więc przywitał nas w tym wschodzniosłowiańskim dialekcie. Na obiad były zielone już ziemniaki z wczoraj, klops (nie pytac z czego) i sałatka (majonez był po to żebysmy nie rozróżnili składników). Graliśmy w siatkówkę, a miejscowe dziunie poobrabiały nam dupy. Potem Johnny pomalował sobie paznokcie (wygląda ślicznie), a Jędrula, Ciotka i Tasia życzyły Asiu oryginalnych rzeczy na urodziny.  Obecnie Pan Parapet i nasza Ciocia toczą wojnę psychologiczną, a Tasia prognozuje, że będą naleśniki. Naprawdę nic nie palimy.
Prawie jak w Himalajach
Skały od nich kruszeją
Mówiłam, że machała

niedziela, 17 lipca 2011

Dzien pierwszy czyli co ma Marysia do kafelek

Nie wiadomo jak długo tu przeżyjemy
Nie wiadomo czy w ogóle wrócimy
Więc trzeba to upamiętnić
To nie może odejść w niepamięć...

Wstałyśmy o piątej rano - my to znaczy ja i Tasia. Kiedy wychodziłyśmy z domu Bartek poszedł obudzić Domina. Już rano mieliśmy niezłą stykę, no bo jak pytam się można jechać gdzieś bez GPS-a? A on mi na to, że nie będzie używał pedalskich urządzeń i koniec. Zamilkłam. Autobusiarze cała droge słuchali niemych piosenek bo im radio siadło, ale trzeba powiedziec, że jechali z pieśnią na ustach. My zas mieliśmy odpytkę z histori i wojskowości. Dotarliśmy wzbogaceni w wiedzę na temat Gromu i innych takich. Najpierw oglądaliśmy jeden ostaniec skalny, potem drugi, trzeci i dalej straciłam rachubę. Gdy zajechaliśmy do ośrodka przywitała nas 4 metrowa Matka Boska. Dalsza wycieczka w głąb ośrodka odkrryła przed nami pieknego udźca z tasakiem w godle oraz trzy kolejne postaci świetych. Z nikąd wyskoczył facet co na sto procent palił marychę i on do nas, że wita w zagrodzie, zaczął tłumaczyc napisy na koszulkach, a potem ostentacyjnie, że nie ma tego domku co miał dla nas i że w zamian dostaniemy pokoje. No i koło nosa przeszły mi zajebiste (przepraszam nasz ministrant mówi, że to przekleństwo) kafelki w takie wyczapiste kwiatki i regał z książkami. Potem pseudo rasta pokazał nam pokoje w którym stała szafokuchnia, a wszystko mieściło się w stajniach po zwierzetach rzeźnych. Bo nie napisałam, że to jest teren masarnio-rzeźnio-wędzarni. Chłopacy trafili lepiej. Mieszkają w wykafelkowanym pokoju, z gigantycznym metalowym zlewem, i drzwiami do chłodni. A i najlepsze, że mają metalową klapę w podłodze i przejście do Narni przy łóżku Bartka. Zdecydowanie trafiłyśmy lepiej. Każdy z nas ma się opiekować jakąś częścią szpeju (nadal nie wiem co to jest, ale i tak jestem za to odpowiedzialna). Na obiedzie był handel kotletami (na szczęście siedzę naprzeciw Macieja). Poniewaz mój stan psychiczny nie był najlepszy, to żeby mnie uspokoić zaprowadzili mnie do miejscowej szkoły (okazało się, że ich tam kręciło boisko). A potem poszliśmy szukać bunkrów i prawie udało nam się zgubić w lesie Bartka i Domina. Załatwiłam pozwolenie na palenie czajnika w pokoju (od mojego przyaciela w stylu peace 'n' love), mam jedyny punkt internetowy na wycieczce (zaznaczam, że ciągle paplający o szkodliwości techniki Domin i Bartek ciągle siedzieli na internecie, bo to trzeba coś przelać, coś zarezerwować, maila wysłać, a Nina szybko pisze to to może zrobić), więc innymi słowy, z dopełniemiem zimnej wody jest jak zwykle.
"GPS-a używają tylko pedały"
Gubimy Domina i Bartka
Tymczasem w pokojach...