niedziela, 17 lipca 2011

Dzien pierwszy czyli co ma Marysia do kafelek

Nie wiadomo jak długo tu przeżyjemy
Nie wiadomo czy w ogóle wrócimy
Więc trzeba to upamiętnić
To nie może odejść w niepamięć...

Wstałyśmy o piątej rano - my to znaczy ja i Tasia. Kiedy wychodziłyśmy z domu Bartek poszedł obudzić Domina. Już rano mieliśmy niezłą stykę, no bo jak pytam się można jechać gdzieś bez GPS-a? A on mi na to, że nie będzie używał pedalskich urządzeń i koniec. Zamilkłam. Autobusiarze cała droge słuchali niemych piosenek bo im radio siadło, ale trzeba powiedziec, że jechali z pieśnią na ustach. My zas mieliśmy odpytkę z histori i wojskowości. Dotarliśmy wzbogaceni w wiedzę na temat Gromu i innych takich. Najpierw oglądaliśmy jeden ostaniec skalny, potem drugi, trzeci i dalej straciłam rachubę. Gdy zajechaliśmy do ośrodka przywitała nas 4 metrowa Matka Boska. Dalsza wycieczka w głąb ośrodka odkrryła przed nami pieknego udźca z tasakiem w godle oraz trzy kolejne postaci świetych. Z nikąd wyskoczył facet co na sto procent palił marychę i on do nas, że wita w zagrodzie, zaczął tłumaczyc napisy na koszulkach, a potem ostentacyjnie, że nie ma tego domku co miał dla nas i że w zamian dostaniemy pokoje. No i koło nosa przeszły mi zajebiste (przepraszam nasz ministrant mówi, że to przekleństwo) kafelki w takie wyczapiste kwiatki i regał z książkami. Potem pseudo rasta pokazał nam pokoje w którym stała szafokuchnia, a wszystko mieściło się w stajniach po zwierzetach rzeźnych. Bo nie napisałam, że to jest teren masarnio-rzeźnio-wędzarni. Chłopacy trafili lepiej. Mieszkają w wykafelkowanym pokoju, z gigantycznym metalowym zlewem, i drzwiami do chłodni. A i najlepsze, że mają metalową klapę w podłodze i przejście do Narni przy łóżku Bartka. Zdecydowanie trafiłyśmy lepiej. Każdy z nas ma się opiekować jakąś częścią szpeju (nadal nie wiem co to jest, ale i tak jestem za to odpowiedzialna). Na obiedzie był handel kotletami (na szczęście siedzę naprzeciw Macieja). Poniewaz mój stan psychiczny nie był najlepszy, to żeby mnie uspokoić zaprowadzili mnie do miejscowej szkoły (okazało się, że ich tam kręciło boisko). A potem poszliśmy szukać bunkrów i prawie udało nam się zgubić w lesie Bartka i Domina. Załatwiłam pozwolenie na palenie czajnika w pokoju (od mojego przyaciela w stylu peace 'n' love), mam jedyny punkt internetowy na wycieczce (zaznaczam, że ciągle paplający o szkodliwości techniki Domin i Bartek ciągle siedzieli na internecie, bo to trzeba coś przelać, coś zarezerwować, maila wysłać, a Nina szybko pisze to to może zrobić), więc innymi słowy, z dopełniemiem zimnej wody jest jak zwykle.
"GPS-a używają tylko pedały"
Gubimy Domina i Bartka
Tymczasem w pokojach...

1 komentarz:

  1. Czy te dzieci są aby na pewno w dobrych rękach? Aha, jakieś fotki od czasu do czasu pokaż, żeby było wiadomo, że w jakiejś chłodni Was tam nie pozamykali...

    OdpowiedzUsuń