sobota, 23 lipca 2011

Dzień szósty czyli jak zachowywać się jak Indianie

Właściwie to mój blog tyczy się dni, ale dziś zrobię wyjątek i napiszę co się działo w nocy. Otóż zrobiłyśmy sobie zieloną noc. Ofiarą miał być Jedek, który nagrabił sobie odmową w chrzcie. Została zawieszona nad nim kiełbasa oraz wysmarowałyśmy do mazią. Tylko żeby to zrobić trzeba było najpierw znaleźć sznurek, bo wstążka nie może być. To dygamy z nocy po tej rzeźni do kuchni, ciemno jak cholera, a zza drzwi (które prowadziły do gniazda rastamena) leciały jakieś relaksacyjne śpiewy kościelne. Nieszczęśnik obudził się w nocy, więc trzeba było się potem pozbyć kiełbasy. Najlepiej dać kotu. Jasne, o niczym innym nie marzę, tylko o tym, żeby wstać i w deszczu karmić koty. Jeszcze tylko zutylizować sznurek. Uffff, ta skrzynia z trupem będzie jak znalazł.

Cały obóz mielieśmy to szczęście, że wystarczyło wstać przed ósmą i spokojnie można się było wyrobić na śnidanie, ale dzisiaj musieliśmy wywleć się wyra wcześniej. I nie wiadomo po kiego grzyba, bo i tak siedzieliśmy potem pół godziny, jak ci żebracy pod jadalnią i marzliśmy. W końcu dostaliśmy jajecznicę (tak, tak pojawiła się pierwszy raz). Ponieważ padało nie mogliśmy jechać się wspinać, więc mieliśmy krótki wykład z budowy stanowisk. No poszło nam świetnie, nie zabiliśmy się (no może z małymi wyjątkami). Było w cholerę zimno i w cholerę mokro, więc od razu się zapakowaliśmy do naszych automobili. Nasz rasta gospodarz pożegnał nas dobrym pouczeniem, że należy zachowywać się jak Indianie, czyli wszystko należy zostawiać w takim stanie w jakim się to zastało. I podobno ma zawisnąć na drzwiach karteczka w napisem "Zachowujcie się jak Indianie". Mam tylko nadzieję, że sobie ludzie skalpów nie będą zdejmować. Podczas drogi w drugą stronę, Jasiu przyniósł zawirusowane płyty i radio nie działało, dlatego teraz byliśmy zdani na przyspiewki Maciej. I od wczoraj z Tasią "idziemy na ryby". Oczywiście zaszczytną rolę przewodnika miał nasz szanowny Prezes. A ponieważ prezesa należy szanować i wspierać go w każdym niepowodzeniu oraz wierzyć, że ma ono jakiś cel, to entuzjastycznie klaskaliśmy za każdym razem, gdy trzeba było nawracać. Wiemy przecież, że za każde zgubenie odpowiedzialny był Jędrula, który robił za stojak do mapy. Pierwszym naszym przystankiem była Jasna Góra. Mogę ją podsumować jedynie tak. Dzikie tłumy ludzi, msze non stop, pomniki świetych (ale tyle, że każdy wierny moża znaleźć swojego ulubionego i się nie zdublują), a w dodatku pełno muzueów, galerii, ołtarzy, a nawet sala konferecyjna, oczywiście z ołtarzem w centrum. Wszystko to ozdobione przesłodkimi plakatami o aborcji, wielką "Maria" na dziedzińcu oraz puszkami na ofiarę za zwiedzanie/toaletę/chodzenie, dziurami gdzie można wrzucać drobne, że o kioskach z cegiełkami co krok nie wspomnę.  Stwierdziłam, że zawsze chciałam zainwestować w nieruchomości, ale posiadanie cegły gdzieś w Częstochowie jakoś do mnie nie przemawia. Co do studni, to miałam ochotę wrzucić ich trochę na zamkniętą klatkę schodową i patrzeć na reackję ludzi. Diabeł, którego imię Karate nas nie napadł, gdyż przed nami szedł nasz ministrant i odczyniał egzorcyzmy. Gdy wychodziliśmy weszliśmy do sklepu z de-wo-cjo-na-lia-mi, a tam zobaczyłam naraz tyle różańcy, ile jeszcze w całym życiu nie widziałam. Był każdy, poprostu każdy jaki tylko można sobie wymarzyć, łącznie z pluszowym i z ozdobnym kamieni w formie bransoletki. Wracając zrobiliśmy małe Tour de Stodoła wokół okolicznych wsi. I doszłam do wniosku, że one wszystkie są takie same, bo rozumiem dwa razy minąc jeden dom, ale pięć? Koniec końców załatwiliśmy wszystko i wróciliśmy szczęśliwie do ukochanego Wolsztyna. No i kończę swój krótki blog, dziękuję wszystkim za czytanie i do zobaczenia na następnym obozie;***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz