środa, 20 lipca 2011

Dzień czwarty czyli jak jedliśmy pływające naleśniki, a Maciej zamieszkał w jaskini



Dzisiejszy dzień zaczęliśmy wypasionym śniadaniem. Nie dość, że były pseudo parówki to do tego dostaliśmy jajka i płatki i dżem i chleb i wędliny i sztućce, a nawet zasłużyliśmy na talerze. Przeżyliśmy też heroiczną wojnę Jedka z jajkiem, zakończoną widowiskowym zwycięstwem. Raźno wyruszyliśmy eksplorować jaskinie. Pierwsza (nie pamiętam jak się nazywała, a Tasi akurat nie mam w zasięgu głosu), wyglądała szczerze mówiąc jak wielka dziura w ziemi. No i oni jak tam stoi 10 osób zmieszcili się do tej jaskini i jeszcze żywi wyszli. I oczywiście musieli zabrać  mój aparat, który po powrocie wyglądał gorzej niż kask Domina. W następnej dziurze spędzili dużo więcej czasu, wynieśli na sobie dużo więcej błota i dużo większe uśmiech. Razem z Maćkiem i Bartkiem fajczyliśmy rezerwat, ale coś nam nie wyszło i obyło bez ogniska. Ponieważ jesteśmy ekipą wspinaczkową, zupełnie spontanicznie zarzuciliśmy wędkę, Bartek zdążył pobawić się w gekona pokonując trasę w kilka sekund, a w czasie kiedy my podziwialiśmy człowieka - muchę zdążyliśmy zgubić Maćka, Marcina i Jędrulę. I trzeba było wszystko rozwijać, wpakować Domina w kombinezon i wysłać go na akcję ratunkową. No i wraca Jędrula, ale sam. Ledwo wyszło i zaczęło grzmieć i w tempie ekspresowym zwiewaliśmy zakosami w deszczu do samochodu. W nikogo nie trzsnął piorun co było istnym cudem, bo lataliśmy po tych górach jak jakieś opętane kozy . Jak wrócilismy na bazę i jako tako ogarnęliśmy szpej (widzicie przesiąkam tym ich slangiem) okazało się, że trzeba schowac drewno na ognisko bo moknie. No i idę z Tasią, bo żaden chłopak nie chciał wyjść (potem pociągnęłyśmy tłum za sobą). I właśnie wtedy zaczęły się jaja bo okazało się, że pół podwórka jest zalane i brodziliśmy w wodzie do połowy łydek. Najgorsze, że jadalnia też wyglądała jak brodzić dla dzieci na basenie w Popradzie. Więc też jako zorganizowana i pełna energi wycieczka ruszyliśmy na pomoc. Godzine w tym deszczu odgarniamy wodę, wszyscy jak by weszli w ciuchach pod prysznic, gdy nagle przychodzi mój rasta frend i mówi, że ma pompę. No mało nas szlak nie trafił. Wszyscy poszli się przebrać, a ja i Jedek, jako że byliśmy najmniej zmoczni, zaczęliśmy żmudne osusznie jadalni. W tym czasie mały kot, El Diablo schował się w mojej otwartej torbie na aparat i zasnął. I wierzcie mi lub nie, ale ten skubaniec siedział tam aż do późnego wieczora. Całą akcję można podsumować tak "Nie ważne gdzie wylądujemy, zawsze i tak kończymy jako OSP Kębłowo." Na obiad były naleśniki, a potem zebraliśmy się pod wiatą i mieliśmy cos w rodzaju konkursu. Nasza grupa (tzn. ja, Tasia, Bartek i Kacperek) dała sobie najlepiej radę w wymienianiu tego co było na śniadaniu. Prezentowałam też koński węzeł bezpieczeńswa ( Tasia robiła za narwanego konia), Bartek wiązał  zderzaka, ale wychodził mu tylko gdy nie patrzył. Jednak w tej konkurencji absolutnym koksem był Jasiu. Zgodnie z przewidywaniami oni wygrali, my zajęliśmy chwalebne drugie miejsce. Następnie przygotowywaiśmy grilla. No i wedle rozpiski chłopaki mieli zająć się kiełbasami, a my miałyśmy zrobić sałatkę. Więc w kuchni wylądowało 11 osób, każda o innej chwalebnej funkcji. Ja stałam z największym nożem jaki zanalazłam i dyrygowałam ludźmi. Z ważniejszych posad można wyróżnić Jasia, który dziabał kiełbasy, Johnnego odpowiedzialnego za marchewki ciętą w kwadraty, Jędrula doprawiający parówki, Bartka od ogórków, Martę od namacznia pomidorów no i Tasię, która siekała te marchewki na paseczki. Reszta była tam tylko dla sztucznego tłumu. Muszę też wyróżnić na moim fantastycnym blogu Tasię i Bartka, którzy bawili się w ninję i zakradali się do kuchni by wynosić z niej potrzebne nam rzeczy (ja nie ogarniam jak te babki się nie skapowały). Przy okazji zanaleźliśmy tajny skład na zioła pseudo rasty. Na grillu pilnowałam, żeby ogień zachował swoje feng shui, a Johnny opowiadał nam freestylowe wierszyki. Ponieważ załatwiłam DVD (Maciej mnie asekurował), oglądlaiśmy Flinstonów w TV (bo ten sam Maciej miał coś z płytą). Przy okazji zwiedziłam salonik po ciemnej stronie domu. Były tam dziwne rzeczy takie jak herb z tasakiem, książka po niemiecku i cała masa jakiś religijnych pism i książek. No i oczywiscie każde krzesło z innej parafi (chyba nawet dosłownie). Kończę, bo potem narzekają, że za długo (ale i tak jest kolejka żeby przeczytać!).
Bartek ma zaciesz na myśl o jaskiniach
Prawie jak ekipa Boba Budowniczego
Aspirują do Klanu Podziemnych Świń
Na pomoc powodzianom!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz