Cześć,
Ninja chce wiarygodne źródło co się dzieje na obozie, a sama zmusza mnie do pisania na tej swojej genialnej klawiaturze, którą uwielbiam... ;DGenerlanie jest bardzo fajnie, wspinamy się, śmiejemy, pielęgnujemy naszą biologiczną wiedzę (dzięki świetnemu coach'owi N.H :)
W nocy budzą nas kwiki świń, ale nie wiemy czy to duchy zza światów chcą się z nami skontaktować, czy to tylko wymysły naszej chorej wyobraźni, narażonej na poważny szwank. Chyba zapomniałam wspomnieć, że mamy pokoje integracyjne, ale chyba nikt nie ma zastrzeżeń. Po śniadaniu, na które dostaliśmy coś w rodzaju parówki z pietruszką (nie żebym miała coś do parówek, ale to nie było jadalne) poszliśmy wesoło dyndać na skalnycj półkach. Ubrano nas w czaderskie wdzianka i każdy dostał stylowy kask (zwłaszcza Johnny). Mieliśmy kilka stanowisk (nawet na jedno weszłam!), ale dzień spędziłam raczej na innych pożytecznych zajęciach. Tak więc od rana zagłębiałam wiedzę na temat funkcjonowania homo sapiensów. Z resztą cały dzień zmuszano mnie do klasyfikowania różnego rodzaju stawonogów (pot. robali) oraz okrytozalążkowców (pot. kwiatków). Rozłożyłam sobie koc z pożądnej szkockiej wełny i siedząc na komieniu fotografowałam świat do okoła mnie (właśnie wtedy pomachała do mnie Pszczoła ). Tym czasem moi dzielni taternicy zdobywali kolejne trasy. Z chęcią asekurowali młodszych kolegów, pilnując by żadna krzywda nie spotkała ich po drodze. ta to ma gadane. Sielankowe piknikowanie przerwało nam stadko wrzeszczących i machających łapkami dzieci, które jak opętane kozy górskie zdobywały bez żadnych zabezpieczeń największe szczyty, z których rzucały na prawo i lewo (a najczęściej na dół) kamienie. Wysłuchałam tez pogadanki Megafona na temat kościoła i tego, że księża mogą kraść i to nie jest grzech. Podczas wesołej drogi powrotnej czekały nas różne niespodzianki, takie jak obgryziona do kości nóżka z raciczką, należąca jak nic do Bambiego oraz dawno nie istniejąca petrochmia płock. Gdy dojechaliśmy mój nowy rasta friend miał zajawkę na rosyjski, więc przywitał nas w tym wschodzniosłowiańskim dialekcie. Na obiad były zielone już ziemniaki z wczoraj, klops (nie pytac z czego) i sałatka (majonez był po to żebysmy nie rozróżnili składników). Graliśmy w siatkówkę, a miejscowe dziunie poobrabiały nam dupy. Potem Johnny pomalował sobie paznokcie (wygląda ślicznie), a Jędrula, Ciotka i Tasia życzyły Asiu oryginalnych rzeczy na urodziny. Obecnie Pan Parapet i nasza Ciocia toczą wojnę psychologiczną, a Tasia prognozuje, że będą naleśniki. Naprawdę nic nie palimy.
Jeżeli te kwiki są wyłącznie w nocy, to ja bym zapytał Dominika, czy to nie ma czegoś wspólnego z Klanem Podziemnych Świń
OdpowiedzUsuń