piątek, 22 lipca 2011

Dzień piąty czyli jak zostałam Panoramixem

Niektórzy mogą, czytając mój blog, nie wierzyć, że robimy tu coś twórczego lub sportowego. Więc muszę się dzisiaj pochwalić czwórką naszych chłopaków, którzy niczym ci ludzie pająki zawyzają średnią naszej grupy. Proszę o gromkie brawa dla Bartka, Jasia, Macieja i Jędruli, którzy po raz pierwszy zdobyli ścianę z asekuracją dolną (tzn. wpinali po drodze linę w ekspresy).
Jeśli już jesteśmy w nastroju na gratulację, to muszę wspomnieć, że nasze skromne grono powiększyło się dzisiaj o Tasię i Martę, które przyjęły chrzest i chcą nie chcą już są naszej sekcie wysokogórskiej.
To tyle w kwestii naszych zasłużonych i chwalebnych członków, chyba żeby wspomnieć Kacperku, który potrafi używać mapy zostawionej w samochodzie.
Jak pamiętacie, wczoraj na śniadanie dostaliśmy wszystko, co tylko było w kuchni. Cóż, dzisiaj się Paniom odwidziało i nie było ani parówek, ani jajek, ani nawet białego sera. Nie zrażone tą drobną przeciwniścią losu, przyniosłyśmy z Tasią toster i hajta robic kuchni konkurencję. Dzisij śniadanie było szybkie (pewna osoba nie musiała jeść parówki), więc zaraz byliśmy znów na Bońku. Tam, zgadnijcie co? Oczywiście wspinaczka, przy czym był to ważny dzień dla wymienionych wyżej chłopaków (przypomnę, chodzi o Jędrulę, Macieja, Jasia i Bartka), gdzyż wspięli się oni z dolną asekuracją. Nikt nie zginął, więc na deser byliśmy w jaskini. Znaczy oni byli, bo ja czołganie lubię jak Francuz Anglika. Wróciliśmy pełni napięcia, gdyz to właśnie dziś miał nastąpić chrzest naszych świeżynek. Oczywiście pomysłu ani plany nie mieliśmy, więc pełna improwizacja. Stałym punktem programu jest Mikstura. Jak zwykle najpierw wyszła nam całkiem dobra. Więc cóż było robić wchrzaniliśmy tam chrzan i wszystko inne co było pod reką. Cała recepta jest tajemnicą, zdradzę tylko, że ja byłam Panoramiksem, który wszystko mieszał. Miałam mega zaciesz, zwłaszcza jak Jasiu przyniósł swoją tajną puszkę z przyprawami. Sam chrzest był całkiem ciekawy. Zaczynało się od tego, że taki skazaniec leciał na czworakach, goniony przez Bartka, Jędrulę i aparat aż do zdezelowanego traktoru. Tam znajdował się McDrive i nieszczęśnik musiał łyknąc trochę mojego eliksiru. Potem małe czołganko po trawie i znowu przystanek, tym razem na parówkę. Następnie trzeba było ucałować prezesa I i prezesa II w kolanko oraz dojść do ogniska, gdzie odbywał się dosłowny chrzest, mianowicie Kacperek wylewał na nich po wiadrze wody. Wszystko git i cymes, tylko jak doszliśmy do Jedka to się mały bunt zrobił. Bartek i Jasiu wywlekli go za chachoły, ale zaparł się zupełnie i chrztu nie zaliczył (w ogóle do niego nie podszedł). Za to Tasia i Marta zdały go śpiewająco z uśmiechem na ustach i podniesioną głową. A właśnie nie chce ktoś kota?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz